Jan Maszkiewicz – emerytowany garwoliński weterynarz, były przewodniczący Rady Miasta, wicemistrz Polski w jeździe szybkiej na lodzie i przez dwie kadencje prezes GKS Wilga Garwolin – od ponad pół wieku pali fajkę. W jego gabinecie stoi ich ponad 700, przywiezionych z całego świata. Najcenniejsza jednak nie ma ceny: to ta, którą jako nastolatek „zwędził” własnemu ojcu.
Jan Maszkiewicz urodził się 74 lata temu w mieście nad Wilgą i – jak sam mówi – zna tu każdy zakątek, każdą uliczkę i przysłowiowy każdy kamień, którymi wybrukowane były dawne ulice Garwolina. Dzieciństwo i młodość spędził na garwolińskiej Starówce, gdzie życie płynęło swoim rytmem, a mieszkańcy tworzyli zwarty konglomerat małomiasteczkowej społeczności. Tu ma kochającą rodzinę, kolegów i przyjaciół. Mimo słusznych lat nadal aktywnie funkcjonuje w mieście, które pokochał.
Edukację szkolną rozpoczął w Szkole Podstawowej im. Marii Konopnickiej. Był pierwszym rocznikiem, który nie załapał się do szkoły siedmioklasowej – musiał uczyć się osiem lat, bo jego rocznik był przełomowy dla systemu nauczania. – Powiada żartobliwie, że przez osiem lat można się było czegoś więcej nauczyć niż przez siedem. Po podstawówce kontynuował naukę w Liceum Ogólnokształcącym im. II Pułku Nocnych Bombowców „Kraków" (obecnie im. Marszałka Józefa Piłsudskiego). Po maturze rozpoczął studia na Akademii Medycznej w Warszawie, jednak szybko trafił do wojska, gdzie zamiast budowy organizmu ludzkiego przyswajał zasady musztry i regulaminów wojskowych.
Od młodych lat Jan Maszkiewicz przejawiał zamiłowanie do sportu. Uprawiał pływanie, biegi, piłkę ręczną – był zawodnikiem II-ligowego GKS Wilga Garwolin – oraz jazdę szybką na lodzie. W tej ostatniej dyscyplinie odniósł największy sukces: zdobył wicemistrzostwo Polski. Posiadając II klasę sportową, został przyjęty bez egzaminów na Akademię Wychowania Fizycznego. Jednak gorąca krew nie pozwoliła mu długo usiedzieć w jednym miejscu – porzucił AWF i przeniósł się na Wydział Weterynarii Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie. Ta decyzja okazała się początkiem jego prawdziwej drogi życiowej.
Po sześciu latach nauki ukończył SGGW z dyplomem lekarza weterynarii. – Po ukończeniu studiów okres mojej beztroskiej młodości na Starówce dobiegł końca. Czas było podjąć pracę w wyuczonym zawodzie, usamodzielnić się i założyć rodzinę. Nieraz, jak spotykam się z moim kolegą z ławy szkolnej, emerytowanym lekarzem medycyny z Garwolina, to żartujemy sobie, że jeden z nas został lekarzem od ludzi, a drugi od zwierząt. Dobrze, że jeszcze w tym wieku humor nas nie opuszcza – wspomina doktor Jan Maszkiewicz.
Od pierwszych dni praktyki lekarskiej Jan Maszkiewicz pracował w Garwolinie. Zrobił specjalizację z zakresu epizootiologii – czyli chorób zakaźnych zwierząt – oraz z administracji weterynaryjnej. Wśród mieszkańców Garwolina i powiatu ma opinię specjalisty wysokiej klasy. Przez lata uratował niezliczone czworonogi z miasta i okolic.
Równolegle prowadził aktywną działalność społeczną. Należał do Warszawskiej Izby Weterynaryjnej, gdzie pełnił funkcję wiceprezesa i nadal jest członkiem Krajowej Rady Izby Lekarzy Weterynarii. Za działalność branżową uhonorowano go najwyższym odznaczeniem środowiskowym – medalem „Meritus”.
Jako były sportowiec nie zapomniał o lokalnym sporcie. Na początku lat dwutysięcznych przez dwie kadencje prezesował GKS Wilga Garwolin w jego największej świetności – sekcja badmintona grała wówczas w I lidze, piłka ręczna i siatkowa w II, piłka nożna w IV, a na wysokim poziomie stała sekcja lekkoatletyczna. Dziś jako emeryt nadal jest mile widzianym i szanowanym przyjacielem garwolińskiego sportu.
Po transformacji ustrojowej przewodniczył Radzie Miasta Garwolina. Jako radny pierwszej kadencji samorządu miejskiego wykazał się – jak podkreślają znajomi – pracowitością, sprytem organizacyjnym i umiejętnościami politycznymi. Srebrny Krzyż Zasługi odebrał z rąk prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. W 2021 roku prezydent Andrzej Duda przyznał mu medal Stulecia Odzyskania Niepodległości, a w 2025 roku Minister Rolnictwa odznaczył go medalem Zasłużony dla Rolnictwa Polskiego. Doktor legitymuje się też tytułem Bosmana Żeglugi Śródlądowej.
Przygoda z fajką zaczęła się od drobnej kradzieży. Ojciec doktora był namiętnym palaczem fajki – konkretnie angielskiej firmy Falkone, misternie rzeźbionej i z pewnością bardzo drogiej. Szesnastolatek obserwował go od lat i pewnego dnia postanowił działać.
– Jak pamiętam, mój tata palił fajkę od zawsze. Obserwując go na co dzień widziałem, że jak puszcza z fajki dymek, to jest taki wyciszony, emanuje od niego spokój, skupia się nad tym, co robi. Jako uczeń szkoły średniej pomyślałem sobie, że i mnie przydałaby się taka fajka dla uspokojenia – opowiada Jan Maszkiewicz. – Ponieważ dla ucznia była to rzecz nieosiągalna, postanowiłem tacie fajkę podkraść. Pomyślałem sobie, że ma ich kilkanaście, to z pewnością nie zorientuje się, że mu jednej brakuje. Zwinąłem ojcu tę fajkę i od czasu do czasu zacząłem sobie podpalać.
Ojciec zorientował się błyskawicznie – dym fajkowy zdradza palacza długo po zakończeniu palenia. – Ja po cichu paliłem, a tata udawał, że nic się nie stało. Po jakimś czasie pomyślałem, że się nie zorientował, a fajka już jest moja. Pewnego dnia ojciec zapytał mnie: „No, synu, jak ci fajka smakuje?" Nastąpiła konsternacja. Przeprosiłem ojca, a on powiedział: „Ja mam ich kilka, niech już ta fajka będzie twoja”. I tak się zaczęła moja oficjalna przygoda z fajką, która trwa do dziś – dodaje doktor.
Dziś fajki firmy Falkone osiągają na rynku kolekcjonerskim nawet kilka tysięcy złotych. Dla Jana Maszkiewicza ta pierwsza pozostaje bezcenna.
Na półkach w równym szeregu stoją fajki różnej wielkości, kształtu i materiału – jak w prywatnym muzeum. Zbiór liczy ponad 700 egzemplarzy: z drewna szlachetnego (wrzosiec, dąb czarny, grusza, wiśnia), ceramiczne – gliniane i porcelanowe – metalowe, szklane, kościane i wodne. Osobne miejsce zajmuje fajka z pianki morskiej, którą doktor określa mianem ewenementu europejskiej sztuki snycerskiej.
– Są też fajki robione z dyni, tykwy i kolb kukurydzy, które używane były przeważnie na południu Stanów Zjednoczonych przez czarnoskórych niewolników i traperów. Z fajką kukurydzianą widywano często generała MacArthura – zaznacza kolekcjoner.
Największą wartość kolekcjonerską mają według doktora fajki brytyjskie: Bilard, Dublin, Pot, Stand-up Poker, Liverpool czy Prince. Najcenniejsze egzemplarze na świecie to fajki z korzenia wrzośca z manufaktury w Saint-Claude, działającej od 1858 roku, z ustnikiem z rogu lub bursztynu. Dobra fajka kosztuje od kilkuset do kilkunastu tysięcy złotych – i Jan Maszkiewicz po unikaty jeździ osobiście. – Będąc w Maroku zjeździłem kilka miejsc i poświęciłem kilka godzin, aby znaleźć sklepy z firmowymi fajkami i kupić interesujące mnie egzemplarze. Prawdziwy kolekcjoner nie liczy poświęconego czasu, aby zdobyć upragnioną sztukę i włączyć ją do swojej kolekcji – powiada pasjonat.
Doktor nigdy w życiu nie zapalił papierosa – tylko fajkę. I podkreśla, że to zupełnie różne światy.
– Palenie fajki to rytuał. Palący należą do elity palaczy, którzy zrzeszają się w elitarnych klubach. Fajka to nie zwykłe pykanie, to rytuał godny mistrzów, dający smak i wewnętrzne uspokojenie. Papierosa spalamy w ciągu kilku minut, a fajkę pykamy od kilkunastu do kilkudziesięciu minut. Na mistrzostwach świata fajczarze palą fajki nawet godzinę – tłumaczy Jan Maszkiewicz.
Rytuał zaczyna się jeszcze przed zapaleniem. Nową fajkę trzeba najpierw odpowiednio opalić, wytwarzając na wewnętrznych ściankach cienką warstwę nagaru, która chroni drewno przed zwęgleniem i pozostawia delikatny aromat pierwszego palenia. Po kilku paleniach fajka powinna „odpocząć” przez kilka dni – dlatego zapaleni fajczarze mają ich zawsze kilka lub kilkanaście, których używają naprzemiennie.
– Palenie fajki stanowi pewien rytuał, związany z prawidłowym naładowaniem tytoniu do główki, jego odpowiednim ubiciem, właściwym rozżarzeniu. Tytoń fajkowy winien być cięty na dłuższe włókna, bowiem w główce układa się go spiralnie. Na spodzie główki warstwa tytoniu powinna być mało ubita, a mocniej w wyższych warstwach. Nie wolno dopuścić do nadmiernego rozgrzania fajki. Niewskazane jest silne wciąganie i wydmuchiwanie dymu przez fajkę. Wciąganie dymu do płuc nie powinno być częstsze niż raz na kilkanaście pyknięć – instruuje garwoliński fajczarz.
Jak dodaje, w czasach PRL-u prawdziwy fajkarz miał twardy orzech do zgryzienia – w sprzedaży były zaledwie trzy rodzaje tytoniu, a najlepszy z nich nosił nazwę „Kapitan”.
Jan Maszkiewicz jest nie tylko miłośnikiem aromatycznego dymku, ale też doskonałym znawcą historii fajki i etnografii ludów pierwotnych, dla których fajka była nieodzownym elementem dnia codziennego. Rozmowa z nim – jak przyznają znajomi – to wywód naukowo-historyczny godny co najmniej pracy doktorskiej.
– Fajka jest najstarszym przyrządem służącym do wdychania dymu żarzących się substancji roślinnych. Pierwsza wzmianka o fajkach pochodzi od Herodota z V wieku przed naszą erą. Znajdowano ją także w mumiach. Fajka odgrywała w wielu kulturach ważną rolę – była przywilejem i atrybutem szamanów i wodzów plemion. Kamienne i gliniane fajki znane były już w obu Amerykach w czasach prekolumbijskich. Do Europy trafiły w XVI wieku, przywiezione przez żeglarzy powracających z Ameryki – opowiada doktor z widocznym zaangażowaniem.
W Garwolinie niewielu nie zna tego przydomka. Pierwotnie należał do ojca doktora, który chodził po mieście z fajką w zębach. Z czasem przylgnął do syna – i ten nosi go z dumą.
– „Fają" nazywany był mój ojciec, bo w życiu codziennym był widywany z fajką w ustach. Ta ksywka przylgnęła również do mnie. Nie obrażam się, jak ktoś na mieście tak na mnie powie. Odziedziczyłem ją po ojcu i jestem z tego dumny – mówi Jan Maszkiewicz.
Człowiek, który całe dorosłe życie – zawodowe i społeczne – poświęcił swojemu miastu, Garwolina nie wyobraża sobie bez fajki. I Garwolin bez niego – pewnie też.
Andrzej Ciosek
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze