Osoby, które odwiedzały to miejsce w dzieciństwie, dziś przywożą tutaj własne dzieci. Po 25 latach zagroda w Cyganówce ma zostać zlikwidowana. Powody tej decyzji przedstawia Nadleśnictwo Garwolin. Twórca zagrody, leśniczy Krzysztof Musiński, nie rozumie przełożonych. Czy uda się uratować jedno z nielicznych miejsc w kraju, gdzie za darmo można obserwować dzikie zwierzęta?
Krzysztof Musiński w Cyganówce (gm. Wilga) jest leśniczym od 1987 roku. Od kilku lat jest leśniczym ds. łowieckich. W roku 2000 otrzymał zgodę ministra na hodowlę dzikich zwierząt. Wszystko zaczęło się od dzika, którego ktoś hodował i przyniósł leśniczemu, bo nie mógł sobie dać z nim rady. Leśniczy przyznaje, że kiedyś w zagrodzie było dużo więcej zwierząt, w tym zwykłe gospodarskie, ale z powodu braku pomocy ta ilość zmalała.
Obecnie w Cyganówce są jelenie i daniele. Łącznie 21 sztuk. Dziki, które można było tam spotkać padły na ASF. Nasz rozmówca zaznacza, że nigdy nie chwalił się tym, że sam prowadzi zagrodę i rzeczywiście miejsce to było kojarzone z nadleśnictwem.
Tymczasem, zarówno sama zagroda, jak również przebywająca w niej zwierzyna są własnością prywatną, na gruncie Lasów Państwowych, z którego od 2001 r. leśniczy korzysta nieodpłatnie na zasadzie tzw. deputatu rolnego. Jest to forma użytkowania gruntu przysługująca pracownikom Państwowego Gospodarstwa Leśnego Lasy Państwowe. Umowa nadal obowiązuje i obejmuje powierzchnię 1,25 ha, z czego ok. 0,70 ha zajmuje zagroda dla zwierzyny płowej.
W minionym roku nadleśniczy Nadleśnictwa Garwolin Piotr Uścian-Szaciłowski podjął decyzję o zakończeniu użytkowania tego terenu w zakresie hodowli zwierząt.
- Decyzję podjęto przede wszystkim z troski o dobrostan zwierząt oraz bezpieczeństwo publiczne. Wypowiedzenie w zakresie chowu i hodowli dzikich zwierząt zacznie obowiązywać 30 czerwca 2026 r. Do tego czasu użytkownik musi zakończyć hodowlę i uporządkować teren - informuje nadleśniczy.
Krzysztof Musiński nie rozumie dlaczego otrzymał wypowiedzenie.
- Nigdy nie robiłem tego dla rozgłosu czy poklasku. Po prostu robiłem swoje: dbałem o zwierzęta, ponosiłem wszystkie koszty, pilnowałem porządku. Przez lata przyjeżdżały tu rodziny, dzieci, ludzie z Warszawy i z różnych stron Polski, żeby zobaczyć zwierzęta w możliwie naturalnych warunkach. To miejsce wpisało się w krajobraz i historię Cyganówki. Tysiącom osób nie przeszkadza, a znajdą się dwie, trzy osoby, które "chcą chronić zwierzęta", a doprowadziły do tego, że zagrody może nie być - mówi twórca zagrody w Cyganówce i przyznaje, że decyzja przełożonych go zabolała.
Gdy leśniczy opowiada o latach pracy ze zwierzętami, o darmowych spotkaniach w szkołach, rozmowach z odwiedzającymi zagrodę, w jego oczach pojawiają się łzy.
- Być może ktoś uzna, że to wszystko jest zbędne albo niepotrzebne. Ja jednak wiem, ile pracy, czasu i odpowiedzialności się z tym wiązało - wyznaje.
K. Musiński dodaje, że od dawna ma trudności. - Ktoś przecinał ogrodzenie, żeby zwierzęta wychodziły na drogę. Ile ja spędziłem nocy, żeby te zwierzęta zganiać... - wspomina. Dodaje, że był straszony konsekwencjami, w razie gdyby doszło do zderzenia auta ze zwierzęciem.
Mężczyzna podejrzewa, że decyzja "góry" może być skutkiem internetowej "burzy" w sprawie jelenia, który na porożu miał drut z przeciętego przez kogoś ogrodzenia. Informacja ta pojawiła się na jednej z facebookowych grup i wywołała wiele komentarzy. Internauci mieli twierdzić, że drut miał ranić zwierzę w oko. Leśniczy stanowczo temu zaprzecza.

Zdj. Jeleń z drutem na porożu Fot. Internauta
- Co roku któryś jeleń albo daniel "ubiera się" w coś. Te zwierzęta nakładają sobie coś na poroże, "stroją się", pokazując swoją męskość. Nigdy nie było takiej sytuacji, że gdy coś zagraża, żebym ja temu zwierzakowi nie pomógł. Czasami ryzykuję też swoim życiem czy zdrowiem, natomiast tutaj było to pod presją i chodziło bardziej o efekt wizualny, estetyczny wręcz, niż zdrowotny - wyjaśnia.
Kobieta zaangażowana w sprawę jelenia przyznaje, że informację dostała od internauty. Relacjonuje, że po jego poście, który wywołał mnóstwo komentarzy, otrzymała telefon z Powiatowego Inspektoratu Weterynarii w Garwolinie, żeby "wyciszyć" to, co się dzieje w Internecie, bo leśniczy dostał trzy tygodnie na poprawę warunków.
Przyznaje, że internauta miał pretensje o ukrycie postu, gdy po 3 tygodniach jeleń nadal miał drut na porożu. Kobieta opowiada, że wykonała wówczas serię telefonów - do weterynarza, PIW-u i nadleśnictwa. Zaznaczyła, że zna fundację, która zdejmie drut, ale ktoś musi pokryć koszty, bo osoby te działają z darowizn ludzi. Następnego dnia dostała informację, że drut został ściągnięty.
Później zadzwoniła do niej osoba z zaprzyjaźnionej fundacji, która przekazała jej, że leśniczy twierdzi, że likwidacja zagrody w Cyganówce to jej wina. Kobieta zaznacza, że telefonicznie wyjaśniła mężczyźnie, jak wyglądała cała sytuacja i zasygnalizowała, że nie życzy sobie, by ją pomawiał.
Wspomina, że z nadleśnictwa otrzymała informację, że w zagrodzie jest seria niedociągnięć i że wypowiedzenie nie jest skutkiem zdarzenia z jeleniem. Kobieta przyznaje, że wstawiała się za leśniczym u jego przełożonych.
- Jelonek, który ma drut na porożu, nie jest powodem do zamknięcia azylu. Chodziło o to, żeby mu pomóc. Prośby trwały około 3 miesięcy. Nie czuję się winna tej sytuacji - zapewnia w rozmowie z nami.
Oczekujemy na odpowiedź o działaniach Powiatowego Inspektoratu Weterynarii w Garwolinie.
K. Musiński zaznacza, że zwierzęta te co roku zrzucają poroże i często słyszy się, że w naturalnym środowisku jelenie lub daniele potrafią w coś się "wystroić". Tak było w przypadku byka z Kampinoskiego Parku Narodowego. Zwierzę w ostatnim czasie wędruje z plastikową, dziecięcą huśtawką na porożu. Przedstawiciele parku proszą, by pozostawić łosia w spokoju.

Zdj. Byk z dziecięcą huśtawką na porożu nie zaskakuje w naturalnych warunkach. Fot. Kampinoski Park Narodowy
- W wielu sytuacjach brak ingerencji człowieka jest dla dzikiego zwierzęcia najlepszym rozwiązaniem. (...) Próby chwytania, płoszenia czy nawet usypiania zwierzęcia mogłyby przynieść więcej szkody niż pożytku i narazić łosia na dodatkowy stres. Mamy nadzieję, że niepotrzebny balast spadnie z łosiowego poroża lub za kilka tygodni odpadnie razem z nim - napisali w sieci.
Leśniczy z Cyganówki podkreśla, że w jego zagrodzie prób zdjęcia kawałka drutu było wiele. Dodaje, że robił wszystko, by uniknąć usypiania jelenia, bo nie każdy przeżywa podanie środka.
- Trzeba pamiętać, że to nie są zwierzęta domowe. To dzika zwierzyna, silna i niebezpieczna. Kontakt z nią wymaga doświadczenia i ostrożności. Wiele osób komentuje z daleka, ale nikt z krytykujących nie przyszedł, żeby realnie pomóc. Hejt i presja potrafią bardzo obciążyć psychicznie, szczególnie gdy ktoś przez lata był związany z tym miejscem i zwierzętami - podkreśla.
Potwierdza, że otrzymał propozycję wizyty weterynarzy z fundacji, którzy za odpłatnością 800-1200 zł podejmą się zdjęcia drutu. - Chcą karmić marchewką, a druga osoba będzie robiła zastrzyk. Uważam, że są to osoby bez pojęcia. Hoduję zwierzęta dzikie już prawie 30 lat i mogę coś powiedzieć - stwierdza.
Leśniczy zaznacza, że prowadzenie zagrody wiąże się z ogromnymi kosztami. - Każde pieniądze inwestowałem w to miejsce i w zwierzęta. Nie mam żadnych oszczędności, bo wszystko było podporządkowane temu, żeby zapewnić im jak najlepsze warunki - mówi.

Zaznacza, że gdy otrzymał wypowiedzenie, nic tego nie zapowiadało. Dzień wcześniej widział się z nadleśniczym, który według jego relacji był zadowolony, że udało się jeleniowi zdjąć drut z poroża. Dokument miał mu wręczyć pracownik nadleśnictwa.
- Najtrudniejsze jest poczucie, że blisko 30 lat pracy może zostać przekreślone. Po cichu liczyłem na zrozumienie i wsparcie, a zamiast tego mam wrażenie, że moja praca zaczęła być postrzegana wyłącznie jako problem. To bardzo boli - przyznaje K. Musiński.
Nasz rozmówca nie ukrywa, że od dwóch lat zmaga się z licznymi problemami zdrowotnymi i w takiej sytuacji bardziej spodziewałby się pomocy, niż niszczenia tego, co od ponad dwóch dekad służy tysiącom osobom i pozwala obserwować prawdziwe życie dzikich zwierząt.
Leśniczy zauważa, że jest to szczególnie ważne teraz, gdy wchodzi tzw. “pokolenie bambinizmu”. - Człowiek próbuje uczłowieczyć zwierzęta. Nieraz ludzie piszą uwagi, że kapusta leży na ziemi, a te zwierzęta nie jedzą z porcelany i z miseczek. W naturze żerują w ziemi, w błocie, wśród gałęzi. Takie warunki im zapewniałem - tłumaczy. Wspomina, że kiedyś był zmuszony do posprzątania zagrody i wszystkie młode zostały wybite przez kruki.
Zapewnia, że w miarę możliwości oraz warunków fizycznych i finansowych, stara się dbać o zagrodę. Uważa, że zwierzęta są w dobrej kondycji. - Zresztą, porównując je z innymi ogrodami zoologicznymi czy zwierzyńcami widzę, że moje zwierzęta są większe, silniejsze i w dobrej kondycji - zaznacza K. Musiński.

Przyjaciele i stali goście Cyganówki nie zostawiają leśniczego samego. Ruszył lokalny ruch obrony zagrody, który łączy osoby zaangażowane w pomoc i mocno wierzące, że to miejsce przetrwa.
- Ja swoje małe dzieci tutaj przywoziłam. One wychowały się na tej zagrodzie i teraz przywożą swoje dzieci - mówi mieszkanka gminy Wilga.
- Zagroda pana Krzysztofa stanowiła cel edukacyjny dla szkół i przedszkoli, które odwiedzają to miejsce. Na półce nawet widać podziękowania od dzieci - podkreśla przyjaciel zagrody.
- Nie znam lepszego eksperta od dzikich zwierząt niż pan Krzysztof. Poza tym zwierzęta w zagrodzie czują się dobrze. Jest kilka młodych, które chodzą z rodzicami. Tutaj nie ma czegoś takiego, że jest jakieś nadużycie - zapewnia pracownik, który pomaga leśniczemu.

- 99% rzeczy pan Krzysztof finansuje z własnej kieszeni. Żadna szkoła nigdy nie płaciła, żadna osoba nie płaciła. Kiedyś była skarbonka na dobrowolne datki, to była okradana... - zaznaczają przyjaciele mężczyzny.
- Zabrakło rozmowy z panem Krzysztofem. On w kilka tygodni stracił 20 kg. To, co dla niektórych jest bałaganem w zagrodzie i niedbalstwem pana Krzysztofa, jest odzwierciedleniem naturalnych warunków życia zwierząt - stwierdza kobieta
Niektórzy podejrzewają, że być może ktoś zwietrzył dobry interes, bo - jak zaznaczają - zagroda w Cyganówce jest ewenementem na skalę ogólnopolską, ponieważ wszystkie inne tego typu miejsca są płatne, a ta nie, podobnie jak prowadzone przez leśniczego zajęcia.
- Jestem mieszkanką gminy, więc dla mnie to oczywiste, że zagroda w Cyganówce funkcjonuje. Uważam, że to bardzo potrzebne i fajne, ogólnodostępne miejsce, w którym bezpłatnie można obserwować dzikie zwierzęta. Zawsze, gdy tamtędy przejeżdżam, szczególnie w weekendy i latem, widzę bardzo dużo osób - zaznacza Bogumiła Głaszczka, wójt gminy Wilga.

Dodaje, że tuż obok jest też dobre miejsce do odpoczynku, zarówno dla rowerzystów, jak i osób podróżujących samochodami. - Można napić się wody, zrobić sobie mały piknik, z czego sami korzystaliśmy, a nasi emeryci bardzo lubią to miejsce - przyznaje włodarz gminy.
- Słyszę o zagrodzie wiele pozytywnych opinii, bo dziś mało jest takich miejsc - żeby zobaczyć zwierzęta, trzeba jechać do zoo w mieście i jeszcze za to zapłacić, a tutaj są typowo leśne zwierzęta i jest ich naprawdę sporo. Do urzędu gminy nie wpłynęły żadne skargi na funkcjonowanie zagrody. Słyszałam jedynie o sytuacjach, gdy ktoś przeciął ogrodzenie i wypuścił zwierzęta, ale one znają to miejsce, więc nie oddaliły się daleko, tylko krążyły w pobliżu. Kiedy pojawiła się informacja, że zagroda może zostać zlikwidowana, zaczęłam otrzymywać prośby, aby to miejsce nadal funkcjonowało. Uważam, że zagroda w Cyganówce powinna dalej istnieć i normalnie działać - stwierdza B. Głaszczka.
Nadleśnictwo Garwolin pytamy o to, czy tak jak podejrzewa leśniczy Musiński, to "burza" w związku z sytuacją z jeleniem, który miał drut na porożu, skutkuje zakończeniem użytkowania tego terenu w zakresie hodowli zwierząt. Uzyskujemy odpowiedź, że to zdarzenie nie było jedyną, ani bezpośrednią przyczyną tej decyzji.
- W ostatnich latach do Nadleśnictwa docierały sygnały o nieprawidłowościach, głównie dotyczące złego stanu ogrodzenia oraz przypadków opuszczania zagrody przez zwierzęta, także w kierunku ruchliwej drogi krajowej. Pojawiały się także informacje o niepokojących sytuacjach dotyczących zwierząt - zaznacza Piotr Uścian-Szaciłowski.
Dodaje, że leśniczy z Cyganówki zgłaszał również przypadki celowego niszczenia ogrodzenia przez osoby trzecie, co ze względu na lokalizację zagrody przy drodze krajowej zwiększa ryzyko wypadków i stwarza zagrożenie zarówno dla zwierząt, jak i dla uczestników ruchu. Gdyby doszło do ewentualnej kolizji drogowej, nadleśnictwo mogłoby być postrzegane jako odpowiedzialne za brak odpowiedniego zabezpieczenia terenu.
- Nadleśnictwo, choć nie prowadzi zagrody, ma obowiązek reagować w sytuacjach naruszania warunków umowy oraz gdy pojawia się zagrożenie. Dlatego użytkownik gruntu był wielokrotnie wzywany do poprawy warunków utrzymywania zwierząt - argumentuje P. Uścian-Szaciłowski.

Nadleśniczy uściśla, że podstawą decyzji są naruszenia wymogów określonych w rozporządzeniu ministra rolnictwa i rozwoju wsi z 28 czerwca 2010 roku, które określa minimalne warunki utrzymywania gatunków zwierząt gospodarskich innych niż te, dla których normy ochrony określa prawo UE. W okresie pastwiskowym zwierzęta powinny mieć dostęp do co najmniej 1 hektara pastwiska. Choć w Cyganówce grunt objęty deputatem liczy 1,25 ha, faktyczna powierzchnia zagrody, w której od lat przebywają jeleniowate, wynosi około 0,70 ha i od dawna jest pozbawiona użytków zielonych z powodu zbyt dużej liczby zwierząt. Obowiązujące normy dopuszczają utrzymywanie do 7 jeleni lub do 15 danieli na 1 hektar, tymczasem w zagrodzie przebywa obecnie 9 jeleni i 12 danieli na mniejszym obszarze. Dodatkowym problemem jest stan ogrodzenia, które zgodnie z przepisami powinno być trwałe, wytrzymałe i uniemożliwiać opuszczanie zagrody, a także spełniać podstawowe wymogi estetyczne. Obecnie jest ono zużyte, niewystarczające i narażone na celowe niszczenie, co w połączeniu z bliskością drogi krajowej stwarza realne zagrożenie.
Garwolińskie nadleśnictwo zwraca także uwagę na fakt, że zagroda powinna umożliwiać wykonywanie zabiegów weterynaryjnych i zapewniać zwierzętom zacienione miejsca. W ich ocenie warunki te nie są w pełni spełnione. - Pomimo wielu rozmów i wezwań warunki nie uległy trwałej poprawie - informuje Piotr Uścian-Szaciłowski.
Zaznacza, że umowa użytkowania gruntu pozostaje w mocy, lecz wyłącznie w zakresie prowadzenia uprawy roślinnej - bez możliwości hodowli zwierząt.
- Nadleśnictwu zależy, aby wszystkie zwierzęta były utrzymywane w warunkach zgodnych z przepisami i zasadami dobrostanu. Obecna lokalizacja zagrody nie zapewnia takiego bezpieczeństwa, ze względu na bezpośrednie sąsiedztwo drogi krajowej oraz narażenie na ingerencje osób trzecich (akty wandalizmu) - argumentuje.
W ocenie Nadleśnictwa najlepszym rozwiązaniem byłoby przeniesienie zagrody na grunt prywatny o bezpiecznej i odpowiednio oddalonej od ruchu drogowego lokalizacji, gdzie możliwe będzie zapewnienie zwierzętom właściwych warunków bytowania.
Oficer prasowy KPP w Garwolinie podkom. Małgorzata Pychner informuje, że od początku 2025 roku do Komendy Powiatowej Policji w Garwolinie wpłynęło jedno zgłoszenie dotyczące uszkodzenia ogrodzenia w miejscowości Cyganówka.
- Zdarzenie miało miejsce 24 sierpnia 2025 roku i dotyczyło prywatnej posesji, na której przebywały zwierzęta leśne. Zgłaszający poinformował, że ktoś uszkodził ogrodzenie, w wyniku czego część zwierząt uciekła, jednak w rozmowie z policjantami właściciel nie zdecydował się na złożenie formalnego zawiadomienia o przestępstwie. Mimo braku wniosku o wszczęcie postępowania policjanci podjęli działania prewencyjne i wzmocnili patrole w tym rejonie, aby zapobiec podobnym sytuacjom w przyszłości - podkreśla policjantka.
Dodaje, że w ciągu minionego roku funkcjonariusze pięciokrotnie otrzymywali także zgłoszenia dotyczące zwierząt, które wydostały się z zagrody i chodziły po drodze. - Za każdym razem policjanci reagowali na takie sygnały, podejmując czynności, których celem było zapewnienie bezpieczeństwa zarówno mieszkańcom, jak i samym zwierzętom - zapewnia rzeczniczka garwolińskiej policji.
W sytuacji, jeśli zagroda przetrwa, przyjaciele namawiają pana Krzysztofa, żeby stworzyć fundację, która będzie chroniła to miejsce i umożliwi pozyskiwanie pomocy oraz wolontariuszy itp.
Jeśli decyzja o zakazie hodowli dzikich zwierząt zostanie utrzymana i uda się bezpiecznie odłowić zwierzęta, zostaną przeniesione na inny teren.
- Jestem zrezygnowany, bo nie rozumiem firmy, w której pracuję. Okazuje się, że coś, co mogłoby przynieść dodatkowe plusy, zmianę wizerunku itd., jest niszczone - mówi ze smutkiem leśniczy Musiński.
Do sprawy zagrody w Cyganówce będziemy wracali.
Jeśli jeszcze tego nie zrobiłeś koniecznie zainstaluj naszą aplikację, która dostępna jest na telefony z systemem Android i iOS.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze