Wystawa Anny Muchy to nie tylko zbiór zdjęć, lecz emocjonalna podróż przez wspomnienia związane z miejscami, gdzie życie toczyło się wokół cukrowni i rodzinnych więzi. Przez lata zbierania materiałów powstała opowieść o utracie, nadziei i pamięci, która zostanie zaprezentowana w Miętnem.
26 kwietnia w Powiatowym Centrum Kultury i Promocji w Miętnem odbędzie się wydarzenie, które trudno nazwać zwykłą wystawą. Bardziej przypomina próbę zatrzymania świata, którego już nie ma – takiego, który bez opowiedzenia po prostu zniknie. Autorką tej opowieści jest Anna Mucha. Przez ponad dwa lata zbierała fotografie, dokumenty i wspomnienia związane z Krasińcem i Szczukami.
To nie jest historia o „pamięci” w oderwanym od rzeczywistości sensie. Chodzi o konkretne twarze, miejsca i chwile uchwycone na zdjęciach, które przetrwały trochę wbrew okolicznościom: dzięki rodzinom, aukcjom internetowym i ludziom, którzy nie schowali ich w szufladach, tylko postanowili się nimi podzielić.
Początek tej opowieści jest prosty, pozbawony patosu. Nie wyrasta z planu ani z projektu. Zaczyna się od śmierci. Po odejściu ojca, Roberta Cichockiego, Anna Mucha dostała rodzinne archiwa – fotografie, dokumenty, pamiątki. To był moment graniczny. Nie decyzja: „zrobię wystawę”, tylko zderzenie z czymś, co stało się jednocześnie ciężarem i odpowiedzialnością.
Jak sama mówi: – Po śmierci mojego taty otrzymałam wszystkie rodzinne pamiątki i fotografie. To był moment bardzo emocjonalny. Nie myślałam wtedy o żadnej wystawie. Pojawiła się raczej potrzeba, żeby to wszystko ocalić, żeby to nie zginęło gdzieś w szufladach.
Zamiast włożyć te rzeczy do pudeł i odłożyć na później, stworzyła przestrzeń w internecie – grupę „Krasiniec/Szczuki dawniej i dziś”. Na początku była to osobista próba uporządkowania wspomnień, coś na kształt prywatnego archiwum. Z czasem zaczęło to żyć własnym życiem.
Dziś w grupie jest ponad dwa tysiące osób. Nie są tylko widzami. Rozpoznają twarze na zdjęciach, dopisują nazwiska, uzupełniają historie. W tym miejscu zaczęła się faktyczna praca nad pamięcią – nie jako hasłem, tylko jako powolne odtwarzanie konkretnych losów.
Materiały z wystawy nie pochodzą z jednego miejsca. Nie ma instytucji, która trzymałaby historię Krasińca i Szczuk w uporządkowanym archiwum. Dlatego szukanie fotografii zajęło ponad dwa lata.
– Część zdjęć znalazłam sama albo z pomocą znajomych na aukcjach internetowych. Część dostałam od ludzi, którzy zdecydowali się podzielić swoimi rodzinnymi zbiorami. To był proces bardzo powolny.
To zmienia sposób patrzenia na tę wystawę. To nie jest selekcja „najlepszych” czy najbardziej efektownych zdjęć. To zestaw tego, co udało się ocalić, czasami dosłownie w ostatniej chwili. Każda fotografia ma swoją własną drogę: ktoś ją przechował, ktoś później postanowił ją oddać, ktoś inny rozpoznał osobę na obrazie. Bez tych decyzji pewne historie po prostu by się urwały.
Jednym z głównych wątków wystawy jest cukrownia w Krasińcu, założona przez rodzinę Krasińskich. Nie funkcjonowała tylko jako fabryka. Była punktem odniesienia dla całej okolicy.
– W tej cukrowni pracowały całe pokolenia rodzin, w tym również moja – mówi autorka.
Wokół zakładu z czasem powstała infrastruktura, która tworzyła niemal zamknięty świat: mieszkania dla pracowników, szkoła, biblioteka, straż pożarna, orkiestra dęta. Wszystko spięte w jednym organizmie. Życie prywatne i zawodowe mieszały się tutaj całkowicie. Ludzie nie tylko pracowali w cukrowni – dorastali w jej cieniu, zawierali znajomości, zakładali rodziny, przeżywali codzienność.
Dlatego zamknięcie zakładu było dla wielu tak mocnym doświadczeniem. Na jednym ze zdjęć widać ojca autorki stojącego przed cukrownią już po zakończeniu produkcji.
– To zdjęcie jest dla mnie bardzo osobiste. Ukazuje moment, w którym kończy się coś, co było fundamentem życia wielu ludzi.
Za tym jednym kadrem kryje się utrata pracy, poczucia bezpieczeństwa i pewnego rozpoznawalnego porządku świata.
Autorka nie wskazuje „najważniejszego” zdjęcia. Dla niej niemal każde niesie duży ciężar emocjonalny. Są fotografie, do których wraca częściej.
Na jednej z nich widać jej dziadków tuż przed wydarzeniem, które wywróciło ich życie.
– To zdjęcie zostało zrobione krótko przed zabraniem mojego dziadka do obozu Stutthof. Są młodzi, zdrowi, szczęśliwi, po ślubie. Jeszcze nie wiedzą, co się wydarzy.
To napięcie między tym, co widać na twarzach, a tym, co nastąpiło później, jest jednym z najmocniejszych elementów tej historii.
Na innym zdjęciu dziadek pojawia się już po doświadczeniach obozu, podczas rocznicy wyzwolenia Stutthofu. To już ktoś inny, choć formalnie ta sama osoba.
W części wystawy znalazły się pamiątki związane z obozem koncentracyjnym Stutthof. Ten fragment jest wyjątkowo osobisty. Nie chodzi tu o losy „więźniów obozu” jako grupy, tylko o jednego konkretnego człowieka – Tadeusza Cichockiego.
Zachował się jego portret wykonany przez współwięźnia w 1944 roku oraz list do żony, napisany na kawałku materiału.
–Napisał, że „Bóg da i na pewno wszystko się ułoży” i prosił, żeby się o niego nie martwiła.
To jedno zdanie, zapisane w takich warunkach, ma własną siłę, nie potrzebuje dopowiedzeń.
Jest też kartka z Polskiego Czerwonego Krzyża – informacja, że trafił do szpitala w Kościerzynie, skrajnie wyczerpany, po marszu śmierci, ważąc 35 kilogramów. To twarde dane, które same w sobie niosą znaczenie.
W opowieści pojawia się jeszcze inny wątek, mniej oczywisty: związany z Marią Skłodowską-Curie. W jednej z miejscowości stoi dworek, w którym pracowała jako guwernantka u rodziny Żórawskich.
To tam poznała Kazimierza Żórawskiego. Ta relacja nie miała szczęśliwego finału, bo rodzina nie zgodziła się na ich związek. Na wystawie widać fotografie tego miejsca – archiwalne i współczesne.
Różnica między nimi jest uderzająca.
– Dworek jest dziś w bardzo złym stanie i wymaga remontu. Mam jednak nadzieję, że uda się go uratować.
W tym fragmencie przeszłość styka się z teraźniejszością wprost. Co stanie się z tym miejscem, jeszcze nie jest przesądzone.
Na wielu fotografiach pojawiają się sceny zwykłego życia. Nie są spektakularne: ludzie w pracy, podczas spotkań, uroczystości rodzinnych, chwil odpoczynku. Właśnie te obrazy działają często najmocniej, bo pokazują świat inaczej ułożony. Z innym tempem dnia, innymi relacjami międzyludzkimi, z silniejszym znaczeniem wspólnoty.
Przy takich zdjęciach widać, jak bardzo zmienił się sposób funkcjonowania lokalnych społeczności.
Dla Anny Muchy przygotowanie wystawy nie było klasycznym zadaniem kuratorskim.
– Im dłużej pracowałam nad tymi zdjęciami, tym bardziej uświadamiałam sobie, jak wszystko jest ulotne.
To mogłoby brzmieć jak banał wyrwany z kontekstu. Tutaj stoi za tym setki przejrzanych fotografii i dziesiątki historii, które urywają się nagle, czasem bez puenty.
– Każda fotografia to konkretne życie. I świadomość, że po nas zostaną tylko zdjęcia i wspomnienia, jest bardzo mocna.
Ta refleksja nie jest ozdobnikiem. Wyrasta z obcowania z materiałem, który pokazuje przemijanie wprost, bez metafor.
Wystawa odbędzie się 26 kwietnia (niedziela) o godzinie 16:00 w Powiatowym Centrum Kultury i Promocji w Miętnem. Towarzyszyć jej będzie koncert fortepianowy Patrycji Wachowicz.
To zestawienie nie jest przypadkowe. Muzyka nie ma tu być tylko tłem, ale częścią
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze